Popatrz ,pobrudziłaś swoją nieskazitelnie białą sukienkę.
Ostre gałęzie wyrwały ci kilka kolejnych piór.
Zerwały z szyi korale,
Zrobione
ze spadających gwiazd.
Potargały złote loki.
Wplotły w nie liście na kształt aureoli,
Która
spadła Ci z głowy.
Przygasła.
Leży
gdzieś na ziemi.
Nadszarpnięta.
Porysowana.
Nie masz sił latać.
Nie masz sił się podnieść.
Siedzisz zwinięta w
kłębek na zimnej, mokrej ziemi.
Skubiąc
palcami stary, poniszczony, drewniany różaniec.
Kto powiedział, że anioły są jak Bóg?
Nie można ich zabić,
Bo wiedzą co to śmierć.
Nie maja krwi, łez.
Siniaków,
zadrapań, skaleczeń.
Ale można je zranić.
Połamać
skrzydła.
Złamać serce.
Sprawić, że spadną,
Gdy przywiążemy do ich nóg za ciężkie kamienie.
A wtedy uderzą w Ziemię.
Słabi.
Ze
swoim niewidzialnym bólem.
Nie mając siły by się podnieść.Wrażliwi.
Nie mogąc płakać.
Nie mogąc krwawić.
Wstań upadły aniele!
Otrzep się z liści, ziemi, gałęzi,
Które cię przysypały.
I na przekór wszystkiemu, co Cię powstrzymuje,
Unieś głowę wysoko do nieba.
Do
słońca lub księżyca.
A potem rozprostuj swoje wielkie, białe skrzydła.
Przetnij nimi
powietrze
I wzleć tam, gdzie Twoje miejsce.
Unieś nad Ziemią swoje pozornie kruche ciało.
Zabłocone, zmarznięte stopy.
Zakurzoną, pomiętą sukienkę.
Leć ponad
chmury.
Z poszarpaną aureolą w drżącej dłoni.
Pokaż się wszystkim tym, których stróżem jesteś.
Pokaż jak
się nie poddawać.